niedziela, 5 marca 2017

Juice Drinkers with friends!




Pogoda za oknem wreszcie sprzyja wyjściu z domu, więc dzisiaj razem z moimi kumpelami postanowiłyśmy wybrać się do Juice Drinkers w Poznaniu. Jeśli będziecie w Poznaniu i chcecie napić się świeżo-wyciskanego, pysznego soku, to koniecznie musicie odwiedzić, to miejsce! Do wyboru macie lokal na ulicy Dąbrowskiego lub Fredry. Soczek możecie wypić w klimatycznym miejscu lub wziąć go ze sobą na wynos, dodatkowo możecie zjeść zdrową i smaczną kanapkę.



W prawdzie nie byłam nigdy na Fredry, ale na Dąbrowskiego lokal nie jest duży, także w godzinach szczytu może być problem z miejscem. Jeśli jednak traficie na odpowiednią porę z pewnością będzie, to odpowiednia przestrzeń na spotkanie z przyjaciółmi, wyjście z drugą połówką czy chwilę sam na sam z dobrą książką. 




Soczki nie tylko ładnie wyglądają, ale i pysznie smakują! Są wyciskane na miejscu, ze świeżych owoców i warzyw. Dodatkowo możecie wybrać sobie super naklejkę, która pasuje do waszego nastroju, charakteru czy po prostu Wam się podoba ;) 



Na wyjście z dziewczynami postanowiłam ubrać się na luzie. Ostatnio spodobało mi się połączenie bluzy z kapturem i kurtki jeansowej, ta akurat jest ze strony shein i możecie kupić ją tutaj.
Dajcie znać, czy chcecie więcej postów o różnych fajnych miejscach, do których możecie się wybrać w Poznaniu lub w innych miastach :)


Zapraszam również na:

FACEBOOK / INSTAGRAM / ASK / YOUTUBE / SNAP: POMARANCZA25


wtorek, 24 stycznia 2017

Znowu Walentynki...



Jakoś nigdy nie przepadałam za walentynkami, ale w sumie każda okazja jest dobra, by wyjść gdzieś razem lub po prostu spotkać się z przyjaciółmi, walentynki już coraz bliżej, więc dzisiaj chciałam pokazać Wam moje propozycje outfitów na ten dzień :)

Sweterek - tutaj choker - Stradivarius

Jeśli wybieracie się na pierwszą randkę lub planujecie wyjście do klubu czy z przyjaciółmi dobrze jeśli ubierzecie się w coś w czym będziecie się czuć swobodnie. Sweterek z odkrytymi ramionami, ulubiony choker i jeansy, to look, który obroni się w każdej sytuacji! A wy jak myślicie?

sukienka - tutaj

Jeśli jesteś już dłużej w związku możesz w ten dzień bardziej zaszaleć. Sukienka, jak wyżej idealnie sprawdzi się na romantyczną kolację z Twoim ukochanym! Możesz dobrać do tego marynarkę i buty na obcasie. Botki, które widzicie niżej będą pasować zarówno do pierwszej, jak i drugiej stylizacji. 

botki - stradivarius

 Jeśli nie jesteście zwolenniczkami walentynek lub po prostu spędzacie ten dzień w domu, to możecie zafundować sobie chwilę relaksu. Olejek do twarzy, maseczka, dobry film i pyszna herbatka na pewno sprawi, że się odprężycie! 



 olejek do każdego typu twarzy (olejki mają ponoć genialny wpływ na cerę- OBY!)- tutaj 

Szczerze mówiąc ostatnia opcja jest zdecydowanie moją ulubioną, jedynie co, to herbatkę z pewnością zastąpi wino, a Wy co sądzicie o Walentynkach, lubicie ten zwyczaj czy nie? A może macie do tego dnia obojętny stosunek? :)



 maseczka z algami morskimi - tutaj

Możecie też zobaczyć mój najnowszy film czego nie robić na pierwszej randce :)



Zapraszam również na:

FACEBOOK / INSTAGRAM / YOUTUBE / ASK / SNAPCHAT: POMARANCZA25


*produkty, które dzisiaj pokazywałam znajdziecie na dresslink :)

wtorek, 20 grudnia 2016

Niespodzianka od Douglasa

Jakiś czas temu dostałam paczkę-niespodziankę od firmy Douglas. W paczuszce znalazłam kosmetyki, których jeszcze nie miałam okazji wcześniej testować i powiem Wam, że byłam mile zaskoczona nie tylko jakością, ale i tym jaki piękny efekt uzyskałam dzięki tym produktom!



Fajne jest, to że kosmetyki, które dostałam, świetnie sprawdzają się w codziennym makijażu, ale także można wykorzystać je na jakieś większe wyjścia, wszystko zależy, jak ich użyjecie.





Na temat samych kosmetyków nie będę się rozpisywać, dlatego że nagrałam test wraz z recenzją na mój kanał na YouTube, także zachęcam Was do obejrzenia, jeśli chcecie zobaczyć, jak radzą sobie produkty douglas w akcji. Powiem Wam tylko, że chyba najbardziej zadowolona jestem z palety do konturowania, bo w sumie nigdy nie miałam takiego produktu, a ten naprawdę super spełnia swoją rolę, natomiast inne kosmetyki również pozytywnie mnie zaskoczyły!





Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tych produktach, to koniecznie obejrzyjcie mój filmik na ich temat, tym bardziej, że mówię w filmiku o konkursie, w którym też możecie wygrać takie kosmetyki


zapraszam również na:

FACEBOOK / INSTAGRAM / YOUTUBE / SNAP: POMARANCZA25

niedziela, 27 listopada 2016

Naturalnie z pudełka


Dzisiaj zapraszam na nieco spóźniony unboxing Naturalnie z Pudełka, jest to coś w rodzaju shinyboxa, joyboxa itp. Jest jednak jedna drobna kwestia, która wyróżnia to pudełeczko od innych, a mianowicie, to że w środku znajdują się wyłącznie naturalne kosmetyki i z pewnością mało znane, więc jeśli tak, jak ja lubicie testować nowości kosmetyczne i nie lubicie zbyt wiele chemii, to będzie, to coś dla Was!


Jest, to moje pierwsze pudełeczko, więc totalnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać w środku! Na pierwszy rzut oka bardzo urzekł mnie wystrój tego pudełeczka i spójność tego wszystkiego. Naturalne kosmetyki, papierowe pudełko, koperta, kartki z opisami produktów, dzięki czemu wszystko możemy później poddać recyklingowi, a poza tym już same dekoracje sugerują nam z czym mamy do czynienia, dla niektórych może nieistotny aspekt, ale jak dla mnie zawsze fajnie nacieszyć oko plus może też być świetnym pomysłem na prezent szczególnie dla osób, które nie mają zdolności manualnych i prezentów pakować nie potrafią.


W środku znalazło się pięć super produktów, do których została dołączona koperta, w której znajdziemy opisy produktów oraz ich ceny, oprócz tego 15% rabatu na zakupy online w sklepie BIO-KRAINA na hasło: NATURALNIE_15 (rabat ważny do 30 listopada). Całość oczywiście pięknie zapakowana! A poniżej możecie zobaczyć, jakie dokładnie produkty znalazły się w pudełeczku :)


Konjac Sponge Yasumi wartość produktu: 19 zł 100% naturalna gąbka
można ją stosować do:
- mycia twarzy (z wodą lub żelem/pianką do mycia twarzy)
- masażu twarzy
- usuwania maseczek - maseczki usuwa się bardzo szybko i skutecznie
- zmywania oleju w metodzie OCM

Maseczka tkaninowa do twarzy lub pod oczy Dizao Organics wartość produktu: ok. 9 zł
Naturalna maseczka odmładzająco-nawilżająca Jojoba i Avokado 
- wzmacnia kontury twarzy
- sprawia, że skóra staje się podciągnięta, jędrna
- nadaje twarzy świeżego i promieniującego zdrowiem wyglądu 
- do każdego typu cery


Super blend 4szpaki wartość produktu: 30 zł
ten produkt ma w składzie tylko 3 składniki: nierafinowane masło shea, nierafinowane masło kakaowe, nierafinowany olej kokosowy
lista zastosowań może być różna, np.
- jako balsam
- olejek do masażu
- maska do włosów
- dodatek do kąpieli

Dezodorant Ałunowy Biopha organic wartość produktu: 26,90 zł
posiada certyfikat ECOCERT kosmetyk jest wolny od GMO, PEG, parabenów i silikonów.
Kosmetyki tej firmy sprzedawane są w biodegradowalnych opakowaniach.


Szampon Rokitnikowy White Agafia wartość produktu: 12,55 zł
Wegański, organiczny szampon z certyfikatami ECOCERT i COSMEBIO. 
Szampon jest delikatny, ale bardzo dobrze oczyszcza włosy. 

Ogólna moja ocena tego pudełka, to 5+ i z wielką chęcią przetestuję wszystkie produkty i na pewno żaden z kosmetyków się u mnie nie zmarnuje! Ogólna wartość produktów 97,45 zł, więc jak najbardziej się opłaca, z resztą sami wejdźcie na stronkę i porównajcie ceny > NATURALNIE Z PUDEŁKA. Bardzo fajne, że mogłam poznać kosmetyki, o których nie miałam pojęcia :)

Zapraszam Was również do obejrzenia filmiku z unboxingiem tego pudełeczka na żywo 


zapraszam również na:

FACEBOOK / INSTAGRAM / YOUTUBE / SNAP: POMARANCZA25

piątek, 28 października 2016

Wspomnienia z wakacji...

Już miesiąc mija, jak skończyły się wakacje, a ja dopiero dzisiaj zebrałam się, żeby je podsumować, na pewno będzie to długi post i domyślam się, że nie każdy dotrwa do końca, ale dla tych nieczytających będzie sporo  zdjęć!
Niewątpliwie te wakacje były inne od wszystkich pod wieloma względami....


Zaraz po zdanej sesji, którą zaliczyłam bez żadnych problemów wróciłam na tydzień do Gorzowa, ten czas spędziłam w rodzinnym gronie i z moimi przyjaciółmi, wreszcie był czas, żeby odpocząć i niczym się nie martwić, totalnie niczym! Wiedziałam, że muszę nacieszyć się "Gorzowem", bo nie będę ich widzieć przez większą część wakacji...


Nie bez powodu te wakacje miały być inne... Razem z moją Misią wymyśliłyśmy sobie, że tego lata znajdziemy sobie pracę nad morzem, a my jak postanowimy tak też robimy! 


Do Międzyzdrojów przyjechałyśmy 30 czerwca, by od 1 lipca zacząć pracę w lodziarni haha tak, tak nasłuchałyśmy się milionów żarcików na temat robienia lodów w tej pracy, ale to może później.. 
Gdy przyjechałyśmy nie wiedziałyśmy tak naprawdę, co nas czeka, to była nasza pierwsza tego typu praca, dlatego też z jednej strony byłyśmy podekscytowane, a z drugiej przerażone, bo w końcu już jutro miałyśmy stanąć na budce i zacząć, jak się okazało ciężką, ale fajną pracę :) 




Ostatniego dnia czerwca bawiłyśmy się naprawdę dobrze! Misia pokazała mi Międzyzdroje, które jak się okazało dobrze zna ze swoich dziecięcych lat, przeszłyśmy miasteczko, a potem usiadłyśmy na plaży, by wznieść toast za udane wakacje i dużo wytrwałości haha 
Tego wieczoru przeszłyśmy się na molo, by obejrzeć nieszczęsny mecz Polska - Portugalia, mimo przegranej było wesoło, przez chwilę zapomniałyśmy o tym, że przyjechałyśmy tu do pracy...




Po powrocie do "naszego domu" szybko zeszłyśmy na ziemię, poznałyśmy nasze nowe koleżanki i dowiedziałyśmy się, że na początku nie będziemy pracować razem. Myślę, że obie czułyśmy się przerażone warunkami w domu i całą sytuacją, ilością nowych osób itp. Czułyśmy się obco, ale na szczęście szybko się to zmieniło!
Pierwszy dzień w pracy okazał się bardzo męczący, po całym dniu nie miałam na nic sił, na szczęście nowe koleżanki okazały się przesympatyczne i od razu złapałyśmy kontakt.. Tak mijały pierwsze dni, musiałam się wdrożyć i przestawić na "TRYB MIĘDZYZDROJE"! Powiem Wam, że każdemu polecam taką pracę nad morzem, wtedy zaczynacie jeszcze bardziej doceniać wiele rzeczy, choć zawsze szanowałam ludzi, którzy pracują, gdy ja odpoczywam, to w tej pracy nauczyłam się szanować tych ludzi jeszcze bardziej! 
W pracy na samym początku problem sprawiało mi kręcenie lodów haha ( naprawdę wierzcie mi żarcikom o robieniu lodów nie było końca), to naprawdę nie takie proste, jak się wydaje haha Robienie gofrów szło mi znacznie lepiej przynajmniej na początku.. 



Pracowałam tam 7 tygodni dzień w dzień, miałam jeden dzień wolnego przez ten cały czas, a pracowałam od rana do wieczora, jak teraz o tym myślę, to zastanawiam się, jak ja dałam radę tym bardziej, że z Misią nie chciałyśmy rezygnować z wakacji i po pracy wychodziłyśmy na miasto, plażę, potańczyć czy po prostu na szota z muszli do baru ( mmm były pyszne!), w sumie to morze widziałyśmy głównie w nocy i nad ranem ( o 5 czy 6 rano), ale przynajmniej nie zmarnowałyśmy tam ani minuty.
 Przez te siedem tygodni poznałam naprawdę całą masę ludzi, masę wspaniałych ludzi, od których wiele się nauczyłam, których naprawdę cieszę się, że mogłam poznać! Ten wyjazd sprawił, że inaczej spojrzałam na swoje życie pod wieloma względami i mogę chyba stwierdzić, że to jedna z lepszych przygód w moim życiu, choć wcale łatwo tam nie było, i nie było też zawsze kolorowo, ale na pewno było warto!


Kiedy wyjeżdżałam było mi z jednej strony przykro, że ta przygoda się kończy, że muszę pożegnać się z tymi ludźmi, że nie będę dzielić już z dziewczynami pokoju, że nie będzie nocnych posiedzeń w kuchni czy wyjścia na słynne Dechy, żeby potańczyć, z drugiej strony byłam już zmęczona i potrzebowałam odpoczynku, a poza tym cieszyłam się na spotkanie tych wszystkich osób, które zostawiłam w Gorzowie.. Do domu wróciłam 18 sierpnia i przez pierwsze dni nie wiedziałam, co ze sobą robić! Pierwsze, co to porządnie odespałam wszystkie nieprzespane dni i noce, a gdy już wybudziłam się ze snu odwiedziłam moją przyjaciółkę Mychę, za którą tak bardzo się stęskniłam. 
W prawdzie w pracy miałam zostać do końca sierpnia, ale 20 moja siostra urządzała huczną imprezę z okazji swoich trzydziestych urodzin, dlatego też zwinęłam się tydzień szybciej i na tej właśnie imprezie dopiero spotkałam moją całą rodzinę, łącznie z rodzicami, za którymi tak bardzo się stęskniłam :)
Później naprawdę solidnie odpoczywałam, spotykałam się z przyjaciółmi i znajomymi, ponadto wrzesień okazał się powtórką z wakacji, dzięki czemu często jeździłam nad jezioro i mogłam poczuć jakby był dopiero środek lata. Miałam czas na wyjścia, czas dla rodziny i czas, by ostro wziąć się za siebie, bo z Międzyzdrojów przywiozłam na pamiątkę kilka kilogramów siebie więcej, a już wkrótce miałam lecieć z moimi bliskimi do Grecji...



Wrzesień zleciał błyskawicznie, w międzyczasie i odpoczywałam, i trochę pracowałam, no i cały czas zawzięcie ćwiczyłam, z resztą efekty mojej walki z kilogramami mogliście śledzić na moim instagramie. I tak przyszedł 23 września, tak trudno było mi uwierzyć, że to już ten dzień, od rana zaczęłam się pakować, byłam strasznie podekscytowana, bo to były moje pierwsze takie wakacje, w dodatku sama na nie zarobiłam, poza tym byłam też przed moim pierwszym lotem samolotem, ale o tym później...



O 19 wszyscy się zebraliśmy, przed nami było 5 godzin jazdy na lotnisko do Katowic, ale ja tak bardzo lubię podróżować autem, że zupełnie mi to nie przeszkadzało w dodatku z taką ekipą ( kierowca na pewno był mniej z tego faktu zadowolony haha :P). W trasie był czas na rozmowy te bardziej i mniej poważne, każdy z nas miał w głowie jakiś obraz tego, jak będzie wyglądać nasz wypoczynek, ja przyznam się szczerze, że zaufałam totalnie mojej szwagierce Paulinie, która zajęła się wszystkim, gdy ja jeszcze byłam w Międzyzdrojach. Nie wiedziałam nawet, jak będzie wyglądać nasz hotel, ale komu, jak komu Paulinie ufam w takich kwestiach bezgranicznie!
Gdy dojechaliśmy na lotnisko byliśmy padnięci, a przed nami były jeszcze jakieś 2-3 godziny do odlotu, zaczynałam powoli czuć podekscytowanie zmieszane ze strachem, zawsze chciałam polecieć samolotem, ale jakaś cząstka mnie się bała tego, jak to będzie, z resztą nie od dziś wiadomo, że  jestem straszną panikarą!


Punkt 5:30 siedzieliśmy już w samolocie, totalnie zapomniałam wtedy o zmęczeniu, gdyż moje myśli skupiały się w tamtej chwili tylko na tym, co mnie za chwilę czeka, już nie było odwrotu! Trzy, dwa, jeden i wystartowaliśmy, na mojej buzi pojawił się szeroki uśmiech (tak właśnie reaguję, gdy się stresuję) i wzbiliśmy się wysoko w chmury, i wiecie co? Bardzo mi się spodobało i już nie mogłam doczekać się kolejnego lotu!







O 8 wylądowaliśmy na wyspie Kos, przestawiliśmy zegarki godzinę do przodu i pojechaliśmy do Kardameny, do naszego hotelu! Obiekt, do którego dotarliśmy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania! W mojej głowie narodziła się myśl "dla takich wakacji warto było tak ciężko pracować!". 
Wygłodniali pierwsze, co wparowaliśmy na śniadanie, z resztą na nasze pokoje i tak musieliśmy chwilę poczekać, stąd też mieliśmy okazje przejść się po głównych częściach obiektu który naprawdę był spory. Na Kos było bardzo wietrznie, na tyle że siedzieliśmy w kurtkach, każdy z nas spodziewał się upału i przez chwilę miałam wrażenie, że jesteśmy nieco zawiedzeni pogodą, bo mimo słońca było nam chłodno, jednak już po jakiejś godzinie wiatr okazał się zbawieniem, a upał przyszedł nieoczekiwanie! Kos słynie z mocnego wiatru i faktycznie było go dość sporo, jednak na pogodę na pewno nie mogliśmy narzekać!
Od razu zaaklimatyzowaliśmy się w tym miejscu i postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw baru, który znajdował się przy basenie. Nie próżnowaliśmy i korzystając z okazji uczyliśmy się podstawowych greckich zwrotów, które do dziś siedzą w mojej głowie! 






Po leniwym, ale jakże pięknym weekendzie zdecydowaliśmy się na rejs statkiem na 3 wyspy Kalymnos, Plati i Pserimos. Jeśli kiedyś będziecie na Kos koniecznie wybierzcie się na tę wycieczkę. Nas skusiło głównie skakanie do wody ze statku i zjeżdżalnia ze statku, ale widoki i sam rejs naprawdę świetny plus panująca atmosfera na pokładzie, nic dodać nic ująć! 
Jeśli zastanawiacie się czemu na jednym ze zdjęć mam gąbkę na głowie, to już tłumaczę... Kalymnos jest znana z połowu gąbek, którego historię mogliśmy poznać właśnie zwiedzając tę wyspę, na innych wysepkach czekały nas już same przyjemności. ( te, które nas tak skusiły na wycieczkę).
W rzeczywistości ani nie zjechałam ze zjeżdżalni, ani nie skoczyłam ze statku... podczas rejsu statkiem wiał dość mocny wiatr, więc jak widzicie na zdjęciach siedziałam w kurtce, gdy podpływaliśmy do lądu robiło się ciepło, ale z początku nierozgrzana nie chciałam w ogóle wchodzić do wody, gdy się już przekonałam chciałam iść od razu skakać z górnego pokładu, jednak mój lęk wysokości totalnie mnie sparaliżował i w końcu nie skoczyłam do wody, czego chyba do dzisiaj żałuje, ale nie ma, co płakać nad rozlanym mlekiem, jak to mówią!
W drodze powrotnej udało mi się nawet zapomnieć o mojej chorobie morskiej, gdyż przesympatyczni Grecy postanowili nauczyć nas tańczyć Greka Zorbę i tym tanecznym krokiem zakończyliśmy ten miły dzień!






Kolejne dni spędziliśmy w hotelu i na plaży korzystając z tamtejszych dobrodziejstw, ciesząc się swoim towarzystwem i po prostu chwilą, która najlepiej jakby się nie miała nigdy kończyć!







W nasz przedostatni dzień po konsultacji z naszą rezydentką postanowiliśmy wynająć auto i objechać całą wyspę, jeśli będziecie kiedyś na Kos naprawdę polecam Wam, żebyście też na taką przejażdżkę się wybrali, bo to ile pięknych miejsc zobaczyliśmy mogłabym tu w nieskończoność wypisywać, a koszt takiego tripu, to naprawdę małe pieniądze! Byliśmy między innymi w Zija, na Termach, w Pyli, Ogrodzie Hipokratesa i wielu innych miejscach, ale o jednym z miejsc chcę Wam szczególnie opowiedzieć :) 






















Jednym z celów naszej przejażdżki była plaża Agios Stefanos odkąd tylko usłyszeliśmy, że od plaży oddalona jest, jak twierdziła nasza rezydentka 25 metrów ( w rzeczywistości było, to ok. 250-300 metrów xD) mała wysepka o nazwie Kastri, na której jest kościółek, a na nim dzwon, w który można zabić jeśli się tam dopłynie rzec jasna. Jako, że lubimy wszyscy takie przygody był, to dla nas obowiązkowy punkt wycieczki. Ja, Marek i Wojtek postanowiliśmy mimo większej, jak się okazało odległości popłynąć na wysepkę, ja tym bardziej nie chciałam odpuścić po tym, jak nie skoczyłam ze statku, a że bardzo dobrze pływam stwierdziłam, że dam sobie radę, jak się okazało wcale nie było łatwo.
Pływanie w morzu do najłatwiejszych nie należy, kondycyjnie jednak problemów żadnych nie było, ale psychicznie, to już zupełnie inna bajka. Jak wspominałam wcześniej jestem straszną panikarą i gdy tak płynęliśmy miałam wrażenie, że nigdy tam nie dotrzemy w dodatku wiatr, który sprawiał, że słona woda chlustała mi w twarz powodował, to że zaczynała ogarniać mnie panika. W głowie tłumaczyłam sobie "Bernolak dasz radę, nie ma już odwrotu (serio już nie było haha), świetnie pływasz, wyobraź sobie, że to basen". Naprawdę nie przesadzam, ale to była dosłownie walka z żywiołem i w tamtej chwili żałowałam, że się na to zdecydowałam. 
Gdy dopłynęliśmy do wysepki poczułam ulgę, a zabicie w dzwon było wspaniałym zwieńczeniem tej szaleńczej przygody, duma jaką czułam wtedy z siebie jest nie do opisania, serio! Jednak na samą myśl, że musimy jeszcze wrócić na plażę robiło mi się słabo! Miałam ochotę ukraść komuś rowerek wodny albo błagać, żeby mnie zabrali ze sobą byle nie płynąć z powrotem!
Odpoczywaliśmy i w międzyczasie zauważyliśmy, że sporo wydłużyliśmy sobie trasę, gdyż płynęliśmy na skos od wyspy, co więcej zauważyliśmy, że w linii prostej ludzie do połowy odległości dochodzą... jak się później okazało droga powrotna była bułką z masłem gdyż większość odcinka po prostu przeszliśmy, jak się okazało w pierwszą stronę niepotrzebnie ryzykowaliśmy, gdyż spokojnie idąc inną drogą można było mieć długo grunt.
Mimo wszystkich ekscesów, jakie mnie tam spotkały ( w drugą stronę zamiast głębokości postraszyły mnie obrzydliwe glony, które mimo, iż płynęłam ocierały się o moje ciało, feeee!) byłam szczęśliwa, że to zrobiliśmy i że daliśmy radę, nasze radosne zdjęcia i wysepkę Kastri macie pod spodem :)




Ten piękny tydzień minął bardzo szybko i nim się obejrzeliśmy, już siedzieliśmy w samolocie do Katowic, nikomu chyba nie chciało się wracać i jednogłośnie stwierdziliśmy, że siedem dni, to stanowczo za mało, za rok mam nadzieję powtórka z rozrywki tym razem już pewnie nie Kos, ale równie piękne miejsce, równie dobra ekipa, może tym razem większa część naszej paczki pojedzie! Muszę przyznać, że to były moje pierwsze TAKIE wakacje zagranicą i smakowały wyjątkowo dobrze ze względu na to, że sama sobie je zafundowałam! 
Wiem, że dzisiaj się rozpisałam, ale ten wpis chciałam potraktować, jak dawne wpisy, które były moją "cenzurowaną" formą pamiętnika (bo i tak nie sposób opisać wszystkiego), być może zachęciłam Was do wybrania się na Kos, ja pokochałam, to miejsce z całego serducha! 
A jak tam Wasze wakacje? Wykorzystaliście ten czas dobrze, zregenerowaliście swoje siły? Dajcie znać w komentarzach! Ja zapraszam Was jeszcze na krótkiego vloga z mojego wyjazdu jeśli macie ochotę zobaczyć, jak to tam wyglądało :) 




Zapraszam również na

SNAPCHAT: POMARANCZA25